Parafia pw. św. Katarzyny Sieneńskiej
w Choryni

Archidiecezja Poznańska

Droga ”z kości” zesłańców syberyjskich, których tysiącami grzebano przykrywając ledwo kamieniami, wiedzie z Magadanu do Jakucka. W ciągu 5 lat wybudowano tutaj odcinek o długości 700 km, a śmiertelność podczas tego eksperymentu wynosiła 80% pracujących. Cała Trasa Kołymska o długości 2000 km, jest dzisiaj w miarę wygodnym szlakiem przez tę nieludzką ziemię, budowanym przez ludzi zesłanych i zarazem potępionych. Dla wygodnego człowieka z Zachodu jest nie do wyobrażenia to, co się tutaj działo w czasach carskich i sowieckich. Pielgrzymując klimatyzowanym samochodem, i będąc zaopatrzonym w środki przeciwko komarom, tamte zdarzenia nie robią już tak wielkiego wrażenia. Może tylko teoretycznie odczuwamy jak tragiczny los zgotował człowiek swojemu bliźniemu. A nawet poboczne wypady do górniczego, a dzisiaj opuszczonego miasta w Kadykczan, a potem do Ojmiakonu, gdzie jest biegun zimna na półkuli północnej (–71,2 °C.), niewiele bardziej pobudzają wyobraźnię, skoro tutaj ludzie wszędzie są uśmiechnięci i życzliwi.

DSC02884

 

 

 

 

 

 

 

 

Podczas krótkiego lata, przy pomniku Światowego Bieguna Zimna w Ojmiakonie

 

A chociaż tamtego odczłowieczenia nie sposób pojąć teoretycznie, to przecież istnieją sposoby na uruchomienie swojej empatii. Aby stanąć po stronie skrzywdzonych, a nie oprawców, czyli zwycięzców, trzeba się narazić, albo wziąć swój lub czyjś krzyż. Pisze o swoich przejściach od roku 1945, pochodząca z okolic Stanisławowa, Olga Aleksiejewna Gorejewa, zesłana na 20 lat katorgi, w książce wydanej w Magadanie My świadczymy... „Kiedy byliśmy w okolicy Irkucka, jeden z więźniów powiedział do nas: Dziewczyny, to jest ostatnia nasza droga. Już stąd nie wrócimy! Wtedy kazano nam się położyć twarzą do ziemi, a kiedy wstaliśmy, było już po wszystkim. Po owym człowieku, pozostała już tylko kałuża krwi. Mówić o tym zabroniono.” Tak kończyła się wtedy prawdziwa empatia. Pamięć o tamtych czasach powoli przebija się dzisiaj do ludzkiej świadomości. Istnieją jednak małe, wyjątkowo za małe, izby pamięci o tamtych wydarzeniach i ich bohaterach. W Debin jest jedno małe pomieszczenie w miejscowym szpitalu, gdzie był więziony od 1946 do 1951 roku, wybitny pisarz rosyjski Warłam Szałamow. Jego obraz tamtej rzeczywistości, odbity w krzywym zwierciadle podziemnego świata w Opowiadaniach Kołymskich, to nie pamiętnik. To straszliwy przekaz, zeznanie świadka koronnego o biegunie zła na Kołymie, do dna zezwierzęconym i pełnym rozpaczy, w którym żył 17 lat i wyżył. Jak można współczuć dzisiaj tym ludziom oraz ich duchom, których poddawano okrutnym cierpieniom? Ktoś może powiedzieć, -za późno, -już umarli. Już się nie da nic zrobić. A może jednak, nie wszyscy umarli, albo żyją ich rodziny i jeszcze żyje o nich pamięć. W jedynej rzymskokatolickiej parafii Narodzenia Pańskiego na Kołymie w Magadanie, którą utworzono dopiero po rozpadzie ZSRR, pracuje O. Michael Shields z Alaski, ze wspólnoty zakonnej Karola de Foucauld, jako Mały Brat od Jezusa.

 

DSC01802

 

 

 

 

 

 

 

 

O. Michael Shields z różańcem z chleba, w Kaplicy Męczenników, swojego kościoła w Magadanie

 

Tę parafię erygowano w diecezji Anchorage, jako fundację właśnie po to – dla tych, którzy przeżyli łagry i ich rodzin oraz dla przechowania pamięci, nie o nienawiści, lecz o miłości Boga do człowieka. Z 20 milionowej rzeszy więźniów, którzy przeszli przez Kołymę zostało tam na wieki ok. 2 mln zesłańców. Tutaj na przełomie 1940 i 1941 roku transporty przywiozły do Magadanu około 12 000 Polaków. Do Magadanu dotarłem teraz ja, z ks. Andrzejem, w lipcu 2017 r., do tego wyjątkowego miejsca i kapłana, który podczas opowiadania w Kaplicy Męczenników o swojej pracy, i o Męczennikach z łagrów, których poznał: Rosjanach, Ukraińcach, Łotyszach, Białorusinach, Litwinach, Koreańczykach, Buriatach, Kazachach i Czukczach, wyznał, że to miejsce zmieniło jego życie. Ogromne wrażenie budzi różaniec z chleba, wtedy cenniejszy od złota, zrobiony w łagrze przez Litwinkę Panią Bronię. Jednak niewiele z tamtego świata pozostało. Nawet pielęgnowanie pamięci było zabronione. A jednak iskra prawdy dalej świeci.

Matka Boska

W święto Matki Kościoła, 5 czerwca 2017 r. wyruszyłem do mojej Matki Boskiej Chełmskiej w Łucku. Jeszcze tego samego dnia, przed północą, zameldowałem się na przejściu granicznym w Dorohusku. Istniejący pas dla posiadających unijne paszporty, ogromnie dużo upraszcza. Praktycznie z Polski zawsze wyjeżdżałem bez kolejki. Tak było i teraz. Pomysł ażeby jechać dalej w nocy był jednak spowodowany ciągłą obawą dotyczącą granicy. Nigdy nie byłem pewien, jak będzie tym razem, nawet przy wyjeździe z Polski. A może mnie przetrzymają i nie zdążę wszystkiego obejrzeć. Zadowolony pędziłem „starą warszawką” przy pomocy nawigacji do celu. Do Łucka, do Muzeum Ikony Wołyńskiej na g. 10.00 jeszcze zdążę dojechać. Po zaliczeniu na stacji paliwowej 2 godzinnej drzemki, jechałem dalej, ciągle jeszcze przed świtem, do Ołyki. Słynny kościół Św. Trójcy, na szczęście już w remoncie, po komunistycznej dewastacji. Do całkowitego zakończenia rewitalizacji, wartej miliony, jeszcze daleko. Płaskorzeźba Matki Bożej i Boga Ojca na frontonie mocno wyeksponowane. A ponieważ było jeszcze bardzo rano, wszedłem jakoby nielegalnie, od zakrystii, przez boczne drzwiczki, wąskim przejściem do okna, powyżej prezbiterium, aby tam rozkoszować się pięknem wnętrza świątyni. No i wreszcie zamek Radziwiłłów, jak zwykle, zamieniony na szpital psychiatryczny. Przypadkowo można swobodnie penetrować z rana budzący się do życia obiekt, z którego prawdopodobnie droga wiedzie także lochami do zamku Czartoryskich w Klewaniu. Ta, prawie już ruina, też dobrze położona na urwisku, niestety niebawem się całkowicie rozpadnie. Jeszcze można dojść, przez dawniej zwodzony most, ale to niewiele z dawnej świetności. Popędziłem teraz do Peresopnicy, aby zobaczyć skarb narodowy Ukrainy, na który każdy nowo wybrany prezydent składa przysięgę. Niestety, ten XVI-wieczny Ewangeliarz Peresopnicki jest w Kijowie. Ale miejsce historyczne i monastyr zbudowany na tę pamiątkę, warty zachodu. Teraz szybko do Matki Bożej. Muzeum niepokaźne. Ikony piękne, ale jakby wyrwane w kontekstu. A szczególnie Chełmska Pani, jakaś taka samotna, bez swojego wiernego ludu. Po dłuższej kontemplacji i nieomalże spełnieniu celu mojej pielgrzymki, teraz za dnia miałem zamiar zobaczyć wnętrze katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła oraz podziemia. Wielka historia wszędzie, ale z ust przewodnika o Polsce miłościwie nam panującej na tych terenach przez wieki, nie słychać. Biała plama. Zamiast tego słychać inne historyjki, niemające nic wspólnego z historią tej ziemi. Chciałoby się krzyczeć z powodu wielkiej niesprawiedliwości, jaka istnieje w polityce historycznej Ukrainy. Po dokładniejszym, niż za pierwszym razem, przetarciu uliczek starego miasta, oraz po odwiedzeniu cerkwi w Poddębcach i Podhajcach, teraz poszukiwałem mojego lokum na ulicy Puszkina. Zmęczenie po nieprzespanej nocy i godzinach spędzonych za kierownicą zrobiło swoje. Od g.7 rano jechałem znowu jakby nienasycony światów minionych i zdarzeń chwalebnych. Tym razem do Torczyna w nadziei na kolejny zamek lub jakąkolwiek ruinę. Tutaj w 1597 r. odbył się zjazd, na którym uzgodniono warunki unii brzeskiej. Także miałem szczęście, chociaż nikt ze spotkanych osób o żadnym zamku tutaj nie słyszał. Wiedza historyczna u ludzi poradzieckich kiepska. Chodziło o to, aby nauczyli się tylko tej jednej historii - socjalistycznej. I znowu przypadkowo idąc za instynktem, i wiedziony pewnym doświadczeniem, zajechałem pod samo uroczysko zwane jednak Zamczyskiem. Potem były Hołoby. Jak na dłoni, dobrze widoczne przy trasie do Kowla. Zwłaszcza architektura kościoła św. Michała Archanioła i obok cerkwi św. Jerzego, sprawiły moją potrzebę odwiedzenia tej miejscowości. Kolejny poznany duchowny, prawosławny mnich, uprzejmie otworzył mi kościółek, aby przed Matką Bożą Poczajowską zrobić pobożny gest. W Kowlu niewiele starożytności. Od razu trafiłem do drewnianego kościoła Św. Anny, w którym pracują franciszkanie. Dzisiaj jest on ozdobą miasta, chociaż do Kowla przeniesiono go ze wsi Wiszenki dopiero w 1994 roku. Potem znowu były inne świątynie, niestety w większości pozamykane. Ale dopiero pod koniec pobytu tutaj, znalazłem przy dworcu kolejowym pomnik „Pociąg” postawiony w 1984 roku, ku czci kolejarzy miasta Kowla, oraz obok cerkiew Poczajowskiej Ikony. A ponieważ byłem coraz bliżej granicy, odczuwałem swoiste uspokojenie. Niczym przed burzą lub jakimś niewiadomym. Lukiv (Maciejów) z odrestaurowaną cerkwią i dogorywającym naprzeciw kościołem Św. Anny, wzbudza notoryczny żal. Ostatni przystanek w poszukiwaniu dawnych wspaniałości w miasteczku Luboml. Pa zamku ani śladu, chociaż warte zapamiętania jest to, że właśnie na tym zamku Władysław Jagiełło w 1392 roku, nadał Chełmowi prawa miejskie na prawie magdeburskim. Pozostał tutaj jedynie wzgórek z fosą. Ale kościół Św. Trójcy, zbudowany przez Władysława Jagiełłę z dzwonnicą, jeszcze istnieje. Resztki pałacu hetmana Franciszka Ksawerego Branickiego (zdrajcy), też istnieją, jako szkoła sportowa. Tutaj w rynku Braniccy w XVIII urządzili chodniki z końskich zębów. Jakichkolwiek śladów brak, jedynie pamięć do legendy wieczna. I tak etap mojego wczasowania na Ziemi Chełmskiej dobiegał końca. Kiedy biła 12 godzina, zbliżałem się do przejścia granicznego w Dorohusku, aby swoje zauroczenie polską Ukrainą odpokutować 7 godzinnym oczekiwaniem w kolejce.

DSC00646

Wystarczą trzy dni, aby gorzko zapłakać za utraconym dziedzictwem poczynając od Jaworowa, Sądowej Wiszni, Mościsk, Samboru, Starego Samboru, Starej Soli, Chyrowa, Dobromila, Gródka, Stradcza, Komarna, Rudek, Bieńkowej Wiszni oraz Jasienia k/Ustrzyk Dolnych i Kalwarii Pacławskiej. Dni: 28, 29 i 30 marca 2017 roku, to jak rekolekcje wielkopostne połączone z rozmyślaniami, modlitwą w czynnych polskich kościołach. Niektóre bardzo zniszczone i przez to zamknięte, jak w Starej Soli. Kościół rudecki zawsze otwarty z miłym proboszczem – kustoszem grobu Aleksandra Fredry. Opuszczona rezydencja komediopisarza w Bieńkowej Wiszni. Sterczący pomnik: ”MEA MORS TUA VITA” dla pochowanych po zwycięskiej walce nad Tatarami w roku 1672, w Bitwie pod Komarnem, oraz kopia ukradzionego obrazu w Bieszczadzkim Sanktuarium w Jasieniu i na koniec do Matki Boskiej Pacławskiej – pobłogosław i zaprowadź szczęśliwie do domu.

 

Galeria zdjęć

Co jest powołaniem, a co wycieczką, wyprawą, a co przygodą? Chyba wszystko razem i jeszcze więcej, kiedy patrzymy na życie sercem, czyli z miłością. Z miłością do świata i do tego, co na tym świecie oraz nad tym światem. Tak właśnie boży wiatr mnie umieścił w grupie 5 maratończyków, którzy wysiłkiem całego organizmu, a także z Bożą pomocą, zdobywali laury, satysfakcje, no i uznanie. Maraton bez opieki duchowej, czyli bez owego plusa, który ludziom coraz bardziej świadomie się należy, byłby mniej pewny. Próba sił, jak zwykle z powodzeniem, nastąpiła także i tutaj.

Beztytuu

Po przebiegnięciu 42,195 km panowie stojący na fotografii (od lewej) poza autorem, to dzielni maratończycy: Prof. dr hab. Marian Niesler (34 bieg), Karol Kremer (2 bieg), Prof. dr hab. Jan Chmura (14 bieg), Ryszard Żmijewski (10 bieg), Zenon Liberna (7 bieg) oraz przycupnięty nieco, jeszcze nie gotowy do takiego wyczynu Dawid, syn Zenona.

Wszyscy oni nie kryją potęgi doznań, a szczególnie przygód, które nie mają nic z opowiadania, lecz są świadectwem. Najgłębszym chyba takim doznaniem, podzielił się ze mną Profesor Jan Chmura z udziału w maratonie na Antarktydzie w marcu br. Wtedy Pan Profesor stanął w obliczu rozdzierającego serce dramatu, kiedy pod koniec maratonu, będąc ekstremalnie wyczerpanym, a szczególnie wychłodzonym biegł resztkami sił do celu. W wieku 67 lat, w tak skrajnych warunkach pogodowych, osiągnięcie mety było zapewne kuszeniem Opatrzności. Nie mieli szczęścia tym razem inni biegacze, którym jakby „przed nosem” przerwano ten nieludzki wysiłek z powodu zbliżającego się sztormu oraz ewentualnych trudności zdjęcia ich z lodowca i ewakuacji. Ogromnie wzburzone morze rzucało pontonem, który coraz gorzej utrzymywał pozycję do podejmowania biegaczy. Okropnie zła wiadomość dla części biegaczy o przerwaniu maratonu mogła być wybawieniem lub ocaleniem przed śmiercią albo pozostaniem tam na zawsze. Tymczasem Pan Jan Chmura realizując odpowiedni projekt badawczy resztkami tego, czym może człowiek dysponować, biegł nieczuły na coraz groźniejsze mruczenie wydobywające się z morskiej otchłani. Pierwszy upadek oraz powstanie ze zranieniami i drugi upadek na skałę zimną okrutnie, to chyba wystarczy do porzucenia tej krzyżowej drogi. Znający jednak upadki Pana Jezusa na Golgocie Pan Jan myślał, że da radę powstać nawet z kolejnego. I nastąpił w majestacie kryształowo-błękitnych, lodowcowych masywów. Po raz trzeci upadł, potknął się na nierównej powierzchni, a może bardziej ze zmęczenia i otępienia spowodowanego hipotermią. Upadł, drżąc z zimna, na wydawało się cieplejsze podłoże. Dam radę pomyślał, dobiegnę, przecież wierzę w Ciebie Boże. I z tą wiarą systematycznie ufam Tobie Panie przez całe życie, zaciskając w ręce za każdym razem i teraz, coraz bardziej święty różaniec. Czy może człowiek wierzący przegrać sprawę swojego życia lub podeptać miłość, jeżeli wierzy? Czy może człowiek modlić się bez wiary, albo tylko ze strachu w obliczu niemocy, zła i pustki? Zapewne nie aż tak gorąco i do końca. Może dla korzyści, dla targu, dla rutyny, ale nie z serca. Potem, kiedy myśli jeszcze były dobrze poukładane, Pan Jan doznał jakby popchnięcia z ogromną mocą na tę niczyją ziemię. Czy to już koniec, czy poprzez okrutne wyziębienie już należę do lodowca? Te i inne myśli uporczywie przelatywały razem z ogromnymi płatkami śniegu. Wtedy upadł po raz czwarty, może już ostatni i śmiertelny. To dla pokory, abyś jeszcze bardziej wierzył i ufał, a nie chełpił się swoją siłą i osiągnięciami. Do Mnie wszystko należy razem z twoim życiem – cicho szeptał mi do ucha czyiś głos. Wiatr się nieustanie zmagał, lekko powiewając po opartej na śniegu twarzy zmęczonego biegacza. Przecież przegrałeś. Poddaj się. Już koniec. Potem jedną ręką wplątaną w różaniec, który podczas biegu nieustannie odmawiał, podniósł się lekko ponad antarktyczny grunt. Wstał i biegł dalej przodem, i bokiem, i tyłem, aby szukać sposobu na dokończenie trasy i rozgrzanie zmęczonego ciała. Burza jednak nadciągała coraz silniejsza. A horyzont stawał się jeszcze ciemniejszy. Przerażenie wciskało się ze wszystkich stron. Tam w oddali ukochana żona oraz trzej synowie na kolanach mnie wspierają przed świętymi obrazami, a ja wymiękam. Ja słaby i wyczerpany, ale z różańcem w ręku, który wygra albo przegra razem ze mną. Na to jakby bluźnierstwo znowu ktoś zareagował silnym podmuchem wiatru i chłodu. Wtedy padłem po raz piąty i ostatni, na 1,5 km przed metą. Z różańcem, który pękł, jak napięta cięciwa, wypuszczając na ten lodowcowy masyw jedną jego paciorkę. Twoja porażka Janie, a Mój sukces usłyszałem znowu w głębi serca, mówi Pan Profesor. Ten głos mojego Pana, jak każde upokorzenie, jeszcze bardziej mnie poruszył. Chcę razem z Tobą wygrać pomyślałem, a nie samemu przegrać. Wstałem najpierw bez entuzjazmu. Czy zdołam uczynić jeden krok? To jak jedna paciorka – Zdrowaś, a potem drugi krok i następne Zdrowaś, Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą… Tak, resztkami sił, już prawie na krawędzi utraty przytomności spowodowanej brakiem glukozy i wychłodzeniem, dobiegł do końca, zajmując drugie miejsce w swojej grupie wiekowej. Podany kubek gorącej herbaty na mecie nie byłem w stanie wypić z powodu trzęsących się rąk, a szczególnie poprzez to, że mięśnie przełyku miałem tak zaciśnięte z zimna, że odmówiły posłuszeństwa –mówi. Pontonem wznoszonym przez fale morskie dowieziono nas, ostatnich biegaczy, na czekający w oddali rosyjski lodołamacz „Akademik Joffe”, na szczęście i na krótko przed załamaniem pogody oraz przerwaniem maratonu przez organizatorów. A teraz siedzimy razem z Panem Profesorem popijając na cześć jego wyczynów sok pomidorowy z esencją coli oraz dla zmiany smaku pieprzu, powracając do tamtych przeżyć, które dały mu tytuł Zdobywcy Korony Maratonów Ziemi (siedmiu kontynentów). A jak było na Antarktydzie z potrzebami fizjologicznymi, zapytałem? Nie można – usłyszałem. Zabrania tego Konwencja Paryska. Kontynent ma być czysty. Pan Profesor Jan Chmura jest Kierownikiem Zakładu Motoryczności Sportowców na AWF we Wrocławiu. Na swoim przykładzie bada skutki wspomagania energetycznego w warunkach ekstremalnych, a także fizjologię wysiłku fizycznego i motoryczności sportowców w szczególności zmęczenie kory mózgowej, w kierunku przełamywania barier organizmu. Ta wielogodzinna rozmowa wybitnego Profesora z Proboszczem najmniejszej parafii, trwała i trwała, prawie do białego rana. Oprócz zagadnień politycznych, jako ludzie Kościoła z pasją toczyliśmy dyskusje o przyczynach moralnych tąpnięć w Polsce. Czy to nie jest tak, mówił Profesor, że świadectwo osób na świeczniku było mało czytelne lub nieokreślone, a co najmniej lekko spóźnione? Zapewne, odpowiadałem. Trochę zawsze jesteśmy z tyłu, bo to jest bardziej wiarygodne. Nadto wtedy wydawało się, że naszemu perpetuum mobile nikt nie jest w stanie zagrozić. Nieustannie jeszcze utrzymuje się pewne zjawisko, że bogaty, silny oraz społecznie dobrze usytuowany, może więcej. Przecież mamy ludzi w kościele. Oczywiście, lecz niekoniecznie na wieki w polskiej przestrzeni. Ale jednak, zwłaszcza dzięki Ks. Franciszkowi Blachnickiemu, a potem O. Janowi Górze, weszły w użycie pewne lepsze metody pracy z dziećmi i młodzieżą. Także i tutaj trzeba dalej dobrych animatorów, czyli bardziej dających świadectwo osobistej wiary i zaangażowania, a nie tylko uprzywilejowanych lub najętych do wyrażania potęgi Bożego majestatu. Jak pokazać radość życia „po Bożemu”? Oczywiście przez osobistą postawę na świeczniku i pod korcem. Świat nie chce smutnego Kościoła. Nadto dodam, że świat nie chce łatwego i słabego Kościoła, nie odbierając nikomu szansy na osobisty rozwój. Ryzykując wszystko, otrzymujemy jeszcze więcej, będąc pewnym, że tuż obok jest Duch Święty.
Jest też nadzieja, że Papieża Franciszka patrzenie na ludzi sercem, stanie się ewangelią - ziarnem, które przyniesie plon. Osobiście jednak nieustannie zmagam się z podłożem skalistym dalszego i bliższego otoczenia, na którym wzrost Bożej sprawy jest prawie niemożliwy. Oni się śmieją ze szlachetności i kultury. Oni uważają to za słabość, nikomu w Polsce niepotrzebną. A będąc większością, przekonują duszpasterzy różnymi metodami, aby byli po ich stronie. Interwencja Patronki mojej parafii Św. Katarzyny Sieneńskiej w swoim czasie, w obronie Prawa, a nie uprzywilejowaniu Siły, to jedna z naszych bolączek. Bardziej właściwą jest jednak świadomość tego, cośmy odziedziczyli po upadku socjalizmu. Otóż pewną alternatywę życia osobistego Polacy znaleźli w Kościele, który wydawał się wtedy pewnym fundamentem na przyszłość. Niestety w miarę wzrostu świadomości jednostek oraz wyswabadzania się z wszelkich więzów, pojawiła się nowa klasa społeczna, nie do końca o chrześcijańskim podłożu. Raczej przegraliśmy z mediami, niestety bardziej nadążającymi za ludzkimi potrzebami, a nie budowaniem świata w oparciu o raz ustalony porządek.
A co ksiądz myśli o celibacie? Czy to jest zgodne z naturą? – pytał Profesor Proboszcza biednej parafii. Wtedy miałem nad Profesorem przewagę, odpowiadając ze znawstwem, jak nauczyciel inteligentnemu uczniowi. Rzeczywiście coś w tej sprawie skwierczy, wykładam. Podziw dla piękna i zachwyt wobec młodości jest sztuką. Czysta forma tej relacji może mieć miejsce w każdym stanie i to nie jest sprzeczne z naturą. Lecz wszelka odzwierzęca zmysłowość, albo nawet sama jej funkcja oderwana od duchowości, czy nawet tylko od świadomości jest sprzeczna z naturą człowieka myślącego, a zgodna z naturą człowieka uwikłanego i basta.
(IX, 2016) ks. Marian Derkaczewski

DSC09735

Parafia nasza gościła Pana Piotra Kowalickiego, który rowerem podjął się pielgrzymki z Boruszyna przez Choryń do Śremu. A potem dalej i dalej…, dając świadectwo wiary oraz uzdrowienia.

 

 

 

 

 

 

Galeria zdjęć

Msze Święte
w niedziele i święta: Choryń - 7:30, 11:00
w dni powszednie - 18:00
Kopaszewo - 9:30 (sobota 16:30)

Biuro parafialne

Codziennie po mszy św. lub na telefon

Kontakt
Parafia rzymskokatolicka
pw. Św. Katarzyny Sieneńskiej
Achidiecezja Poznańska
64-000 Kościan, Choryń 21
Tel. 723 516 972
www.choryn.archpoznan.pl
choryn@archpoznan.pl
Proboszcz: ks. Marian Derkaczewski

Konto parafialne
BS Kościan
07 8666 0004 2002 0101 4082 0001

KAI - diecezja poznańska